niedziela, 01 listopada 2015

po dłuuugim milczeniu wracam z nowym wpisem! 

 

Modna w ostatnich dniach była krytyka niepolskiego zwyczaju, czyli Helloween. Przebieranki zza oceanu szybko podbiły serca małych i dużych Polaków. Chętnie biorą udział w imprezach, dzieciaki biegają po domach i straszą sąsiadów. Generalnie każdy (kto chce) ma frajdę i dobrze się bawi! Nie każdemu się to jednak podoba. Dlaczego? Bo nie jest to polska tradycja i Polacy nie powinni chłonąć takich zwyczajów (bo w końcu swoich mamy dużo). Oczywiście, zgadzam się z tym, mamy dużo tradycji, które zakorzenione są w naszej kulturze od dawna i miło je podtrzymywać, ale czy oznacza to, że nic innego nie możemy robić? Czy polskie tradycje wykluczają możliwość uczestniczenia w innych zwyczajach? Jakoś nie widzę wielu sprzeciwów dotyczących niemieckiej choinki (tak, to też nie polski zwyczaj) lub amerykańskiemu, kokakolwemu czerwonemu grubaskowi z worem prezentów (polski mikołaj był biskupem - jakoś protestów oburzonych rodziców nie widzę? Wielu bez chwili wahania wybierając kostium mikołaj wybierze podstarzałego jegomościa z bandą latających reniferów zamiast biskupa (który parę razy przyszedł do mnie w podstawówce i nastraszył tylko ludzi ;)) Co nam więc przeszkadza Halloween i dobra zabawa? Psuje atmosferę tak podniosłego i zadumanego święta? Myślę, że festiwal ubiorów, krytyka i ploteczki, a także najdroższa zastawa grobowa (kwiaty, znicze, ozdoby, dekoracje) szkodzą mu bardziej. 

Większość z tych przebierańców pobiega sobie 31.10 w kostiumach, a 1.11 pójdą na groby bliskich i zapalą znicz. Nie będą przebrani, humor też raczej dopasują do sytuacji. Nie rozumiem co w tym złego, że ktoś chce się pobawić? 

Bozia bardziej się zdenerwuje na tych, którzy obrobią tyłek rodzinie i znajomym, zamiast modlić się za bliskich będą bawić się w grobowych dekoratorów i logistyków, a także to, że zamiast skupić się na myśleniu o bliskich zajmują się: nowym futrem i ubrankiem czy bucikami, nowym autem (na które kredyt ledwo co udało im się załatwić przez "świętem"), a także to, że zamiast o jakości wizyty myślą o ilości (na szybko zaliczają każdy grób, w każdym mieście, byleby sobie ktoś nie pomyślał, że olali. Nieważne, że do postawionej świeczki nie dołączyli choć jednego "paciorka". Widać nasz Bóg woli liczyć płomyczki z kosmiczne drogich zniczy niż modlitwy ;) 

wtorek, 28 kwietnia 2015

polubiłam fora internetowe... coraz chętniej (profilowo) wypowiadam się tu i tam i zauważyłam jedną cechę wspólną wszystkich profili fejsbukowych czy też for internetowych. Jaka to cecha? HEJT! Komunikacja internetowa hejtem stoi jak nic! Oczywiście, Ameryki to ja nie odkryłam - wiadomo! Nawet nie próbowałam tego robić. Jak mawia stare góralskie przysłowie: "hejters gonna hejt" (mówi to również internetowy gruby kot, a jak mówi kot to musi być prawdą (patrz rys. 1) ) 

Hejterzy to grupa stałych, dość sfrustrowanych obywateli sieci, którzy nie lubią niczego, wszystko wiedzą lepiej i na poczekaniu mogą wymyślić 10000000000000 sposobów, by cię obrazić. Mnie bardziej fascynuje jednak grupa, której nazwać nie potrafię, bo z jednej strony to pozytywne ludki, które starają się bronić czci nękanych internautów, a z drugiej strony skopią i zbluzgają do nieprzytomności rzeczonego Hejtera. To tacy mroczni rycerze, których orężem jest HEJT. 

Jak poznać takiego gościa? Nie jest to trudne wystarczy poszukać jednego negatywnego komentarza. Pod nim pojawi się od razu kilku obrońców, którzy zarzucając hejt, jadowitość i nienawiść sami: wyzwą od najgorszych, uznają, że jesteś debilem i nie masz mózgu,a w ogóle to jak nie lubisz to spadaj, bo nikt Cię tu nie chce. Czasem padnie kilka nieparlamentarnych słów i jeszcze kilka wyzwisk. I tak oto hejter został zahejtowany przez "dobre duszyczki". 

Nigdy nie zrozumiem tej zasady. Jak to jest, że człowieka o innych poglądach, o innych przekonaniach czy wartościach (lub zwyczajnie kogoś kto ma inne zdanie) wyzywa się od debili, idiotów, półmózgów i kretynów zamkniętych na otaczający świat, zarzuca się im hejtowanie, a samemu robi się to samo (tylko w dobrej wierze, bo się broni zaatakowanego biedaczka). Ci, którzy atakują hejterów wulgaryzmami, wyzwiskami i innymi obelgami są nawet gorsi. To tak jakby widzieć na ulicy bijące się dzieci, rozdzielić je, wlać każdemu z osobna tłumacząc przy tym, że przemoc nie rozwiązuje problemu. 

 

Rzeczony kot (z modnych internetowych źródeł) 

hater.kot_1

 

czwartek, 19 marca 2015

 

images2

 

Od kilku dni w sieci wrze na temat nowego programu emitowanego w TVN. Oczywiście chodzi o program: "Mali Giganci", który podnosi ciśnienie wszystkim obrońcom pokrzywdzonych dzieci, którym leży na sercu ich dobro. Wypowiadają się o nim nawet celebryci (zwykle ci niezwiązani z TVN i ci, którzy nie dali rady wylansować się na swoich programach), którzy płaczą nad losem odrzucanych dzieci. 

 

Fakt, program może i do najbardziej lotnych się nie zalicza... ale taka już dzisiejsza telewizja (zawsze powtarzam, że jaki poziom widzów taki poziom programów) nie ma się co nad tym zastanawiać. Mnie bardziej irytuje natomiast ta obłuda, ta próba obrony tych najmłodszych przed stresem, porażką i odrzuceniem. Ale po co? Przecież nie jest to pierwszy tego rodzaju program. Czy "od przedszkola do opola" nie miało podobnej formuły? Czy tam przyjmowali wszystkie dzieci, które chciały zaśpiewać? Nie... tam też odrzucali tych niezdolnych, tam też lały się łzy i były histerie. A inne programy z udziałem dzieci? Czy tam brali każdego? Nie... nikt się nie przejmował stanem psychicznym tych odrzuconych. Sama pani Młynarska taki program prowadziła i jej ekipa również odrzucała niektóre dzieci (robili to nawet ponoć brutalniej, bo dziecko przyjeżdżało na program, przekonane, że wystąpi, a na końcu okazywało się, że go nie wylosowali i może wrócić do domu - takie coś nie zostawia śladu w psychice?! Zostawia... pewnie.... ale p. Agata już pewnie zapomniała, a że na tym programie (ani na innych) za bardzo się nie wylansowała to się lansuje na krytyce czegoś popularnego). 

Obrońcy dzieci tłumaczą, że program przyczynia się do pogorszenia stanu psychicznego, pokazuje płacz, histerie, problemy, itp. Krytykuje się go za to, że dzieci są odrzucane i krytykowane za brak talentu. Ale czy faktycznie to jedyne miejsce, w którym dziecko może zostać ocenione? Nie... dziecko jest oceniane przez nauczycieli, przez kolegów, przez obcych, przez samych rodziców. Cały czas jest gdzieś przez kogoś odrzucone (a to przez kolegów, bo jest np grube, a to przez panią, która dała mu 1, bo się nie nauczył, a to na kółkach zainteresowań, a to w konkursach szkolnych - przykładów jest tysiące). Chronienie dzieci przed krytyką, ciągłe głaskanie po głowie to najgorsze co można zrobić. Dlaczego? Bo później taki "dzieciaczek" idzie do pracy, spotyka innych ludzi na swej drodze, których zadaniem jest pokazanie mu, że zajebisty nie jest i nie potrafi za wiele. Jeśli faktycznie jest przechwalonym beztalenciem zagłaskanym przez rodziców to nie będzie umiał sobie poradzić z porażką i krytyką (bo i jak skoro nikt nigdy go nie krytykował i złego słowa o nim nie dał powiedzieć). Program ten to tylko jeden z wielu, w którym ktoś narażony jest na krytykę, ale czy to coś złego? Tam nikt nikomu nie ubliża, nie naśmiewa się, nie wyzywa - w codziennym życiu jest gorzej... np grube dziecko przez inne dzieci (a czasem i przez dorosłych) będzie wyśmiane i poniżone tylko dlatego, że nie biega szybciej czy jest za bardzo ociężałe - taka krytyka boli bardziej niż odrzucenie przez Panią z TV, która powie "musisz jeszcze poćwiczyć". 

 

Jedynymi osobami, którym należy się tutaj lincz to rodzice. To oni wystawiają dziecko do TV, narażają na stres i ewentualne upokorzenie, jeśli dziecko ma talent urojony przez rodziców. To oni ciągają dzieciaka po castingach, to oni chcą spełnić swoje marzenia, chcą mieć się czym pochwalić przed innymi. Dotyczy to nie tylko "Małych gigantów", ale też wcześniejszego "Mam talent" (gdzie było gorzej, bo dzieci rywalizowały z dorosłymi, tam znacznie trudniej było odrzucić małą, słodką, upłakaną buźkę - to chyba przez to, że do MT zgłaszało się tyle dzieci zrobiono MG, czyli program dedykowany dla dzieciaków, by nie rywalizowali z dorosłymi - była nisza, było zapotrzebowanie to stworzyli specjalny program). Dotyczy to również wszystkich castingów reklamowych i filmowych. To rodzice ponoszą odpowiedzialność za wystawianie mniej utalentowanych dzieci na pośmiewisko. Nie każdy musi mieć talent - mądry rodzic wie to i nie naraża dziecka na stres. 

 

Idąc postulatami przeciwników MG trzeba wycofać również: 

- dzieci z filmów i reklam (tu też castingi) 

- oceny w szkołach (rywalizacja, poniżanie tych mniej uzdolnionych)

- WF, plastyka, muzyka (ocena sprawności, zdolności, itp)

- zawody i konkursy szkolne/poza szkolne też 

 

w w/w też pełno zagrożeń dla psychiki dziecka, a ocena przez rodziców i nauczycieli czy najbliższych boli bardziej niż opinia Pani z TV.

 

czwartek, 26 lutego 2015

images1

Nigdy nie rozumiałam kobiet. Zawsze miałam z tym duży kłopot. Nie ogarniałam dramatów w stylu: "czy on napisze, czy on mnie lubi, o borrrzeee co on/ona sobie pomyśli, itp.", obrabiania cudzego tyłka zaraz po tym jak wyjdzie z pokoju i intryg, knucia i wszelkich podstępnych testów, które powinni wszyscy przejść. No i jest jeszcze magiczne zdanie: "domyśl się". Też mnie to wkurza - czasem chyba bardziej niż facetów... 

Jednak co mnie dziwi najbardziej to ilość jadu, która mieści się (czasem w bardzo drobniutkich) kobitkach. Potrafią zakpić z każdego sukcesu, potrafią doczepić się do każdej tzw. pierdoły, byle tylko pokazać , że "ta druga" jest jednak gorsza lub nie jest taka idealna. I tak z jednej strony barykady mamy te wszystkie kobiety, które coś próbują robić, starają się wszytko ogarniać, odnoszą sukcesy, a z drugiej strony mamy te, które potrafią zdołować nawet w chwili sukcesu słowami: "ale i tak masz krzywe nogi", "ale nikogo nie masz" "nie ma się z czego cieszyć, bo efektów nie widać" czy "ja bym mogła zarabiać więcej/szybciej/itp", "i tak jesteś ....... (wypisz wybrany epitet)". Kobieta na widok sukcesu drugiej staje się automatycznie jej wrogiem. Ta zła zyskuje miano głupie dziwki - w zależności od kontekstu nacisk kładziony, albo na to pierwsze albo na to drugie. Z argumentem takimi nie ma co dyskutować, bo i się raczej nie da. 

Sytuacje takie zdarzają się zarówno wśród znajomych jak i tych mniej znajomych. Wśród nieznajomych łatwiej, bo poniżanie, szydzenie czy czepianie się jest poniekąd anonimowe, a więc i bezkarne. Fora internetowe, fejsbukowe ściany czy instagramy pełne są kobiecych przytyków, jadu, docinek, które czasem mogą zaboleć bardziej niż solidny kop w brzuch. Żadna o tym nie pomyśli, bo każda w swoim mniemaniu jest najzajebistszanacałymświecie - to inni mają sporo do poprawy: ja i moje metody działania są najlepsze, a kto tego nie wie ten debil, brzydal i przygłup (albo i co gorszego). 

 Wśród znajomych większość babeczek odwagi nie ma i woli obgadywać za plecami. To jest chyba nawet gorsze. 

Byłam ostatnio świadkiem sytuacji: bar, 5 przyjaciółek, wszystkie rozanielone, wesolutkie, no sielanka. Kiedy jedna wyszła wcześniej do domu jej psiapsiułki od razu obsmarowały ją z góry na dół. Zjechały wszystkie jej zachowania, styl no i charakter (ona taka beznadziejna, sztuczna i powierzchowna - dobrze, że krytykujące dziunie były ostoją wszelkich zasad i moralności). 

Boję się takich ludzi, bo widzę, że i wśród moich znajomych takie osoby się pojawiają. Najpierw się przymilają i są do rany przyłóż, a za chwilę wylewają wiadro pomyj. Staram się izolować od tego, ale nie zawsze jest to możliwe. Tym bardziej, że choć nie przejmuję się tym co kto mówi to jednak krytykę wolę słyszeć prosto w twarz niż za plecami. W takich sytuacjach utwierdzam się w przekonaniu, że powiedzenie A.J. Richelieu: "(...)strzeż mnie od przyjaciół, z wrogami sobie sam poradzę (...)" jest bardzo aktualne (tutaj akurat od przyjaciółek, faceci są ciut lepsi) 

 

 

poniedziałek, 23 lutego 2015

Media mają tendencję do wyolbrzymiania i przerabiania jednego wątku przez bardzooo długi czas. Niech tylko wydarzy się coś wg nich doniosłego np kolejowa tragedia, wypadek drogowy, zawalenie domu czy pobicie/śmieć/wyzdrowienie jakieś '"zwyczajnego ludka", przyczepiają się do tematu na wiele dni. Najbardziej doniosłym przykładem była oczywiście katastrofa smoleńska, która była przerabiana chyba przez kilka miesięcy na wszystkie możliwe sposoby. 

Od dzisiejszego poranka mamy Oskary. Oczywiście, cieszę się, że dostaliśmy nagrodę. Filmowi i zespołowi, który przy filmie pracował się należało. To wg mnie nie podlega dyskusji. Jednak... od chwili kiedy reżyser wygłosił przydługawą mowę media jakby zgłupiały. Wszystkie wydarzenia nagle przestały mieć znaczenie. W kraju i na świecie nie dzieje się zupełnie nic ponieważ Polska dostała Oskara!!!!! I teraz trzeba o tym mówić na każdy możliwy sposób, w każdej możliwiej minucie, bo a nóż widelec ktoś jeszcze nie dosłyszał lub nie zrozumiał. Mamy też rozmowy z ekspertami, które udowadniają, że Polacy są genialni, a zrobić oskarowy film to pikuś (jakoś do tej pory bywało z tym różnie.... ale pamięć nasza bywa krótka - zwłaszcza jak nam się uda przyjmujemy postawę: "pfff każdy może zrobić taki film") 

mamy też wypowiedzi aktorów, reżyserów, świata filmu, polityki, a i jeszcze pewnie kleru, antyglobalistów, ekologów i miłośników niedźwiedzi polarnych, którzy wierzyli od dawna w sukces i byli święcie przekonani o wygranej, bo: "jak nie my to kto". I tak sprasza się do studia tych biednych ludzi (zwłaszcza światek aktorsko - filmowy musi zazdrość rozsadzać, ze to akurat Kuleszy się przytrafiło) i analizuje się sytuację na milion możliwych sposobów. Dzięki temu, jest godzina 20:53, a temat tego ogromnego wydarzenia nie schodzi z tapety. Idę o zakład, że jeszcze przez kilka dni o niczym innym nie będzie się myślało. W tym czasie przepchną kilka niewygodnych ustaw, podejmą kilka niezbyt dobrych decyzji, itp, ale media (wszystkie, bez wyjątku) skupiają się na jednym. 

Dzięki temu zafiksowaniu, jak galę oskarową uwielbiam i oglądam regularnie od bardzo długiego już czasu, tak niedobrze mi się robi na kolejną wzmiankę o Idzie, o Oskarze, o Kuleszy czy o Pawlikowskim. Każdy powinien wiedzieć kiedy powiedzieć DOŚĆ. Od tego są paski, by wałkowały jeden i ten sam temat. Dogłębna analiza takich wydarzeń jest zbędna, bo większość ludzi i tak filmu nie widziało, na Oskary ma (wiadomo co), a ten kto nawet chciałby obejrzeć to po tym deszczu złożonym z jednej wiadomości już nie obejrzy. Będzie się bał, by Oskar czy Ida mu z lodówki nie wyskoczyła. Ani to się społeczeństwu nie przysłuży, ani w niczym nie pomoże, a tylko obrzydzi tak fajną wiadomość.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18
Zakładki:
Napisz do mnie
Nie wyrażam zgody na publikację moich tekstów bez mojej wiedzy.
O mnie
Współpraca
 Statystyki < img src="http://m.ocdn.eu/_m/4d21a311768b56f2f5995ad5ca1cb834,0,1.png">
Pisz swój dziennik w Internecie